Wiersz i baśnie dla dzieci

1 .JULEK PYTALSKI .
Siedzi sobie mały Julek mamie na kolanach .
Ciągle pyta się o wszystko .Mama odpowiada .
Pytań mnóstwo ma ten maluch .Wszystko go ciekawi .
Cierpliwości brak rodzinie .Niech ich ktoś wybawi .
Wszystkich męczy stosem pytań .Dowiedzieć się pragnie .
Czemu słońce jest na niebie i nigdy nie spadnie ?
Czemu deszcz nie leci w górę , a ryba nie śpiewa ?
Czemu drzewa są zielone , a kura nie pływa ?
Czemu kamień tonie w wodzie ,choć kaczkę udaje ?
Czemu piórko jest leciutkie ,a jeż jabłka nie je ?
Czemu wilk zjeść może owcę , a nie owca wilka ?
Czemu gwiazdy świecą w nocy , a w dzień wszystko znika ?
Czemu ogień jest gorący , a lód bardzo zimny ?
Czemu błędy są w zeszycie , a Julek niewinny ?
Czemu tygrys biegnie szybko ,a żółw wolno chodzi ?
Czemu metal rdza pożera , a tlen miedź ozdobi śniedzią ?
Czemu strusie nie chcą latać , a kolibry chadzać ?
Czemu ziemia jest okrągła , a ja stale gadam ?
W końcu mama też zadała Julkowi pytanie .
Powiedz chłopcze mój kochany , kiedy ty przestaniesz ?
Dręczyć więcej was nie będę mamuś moja miła ,
Gdybyś mi w prezencie komputer kupiła
Będę z nim rozmawiał , zadawał pytania .
Wam urlopu udzielę aż do odwołania .

2 . PYTANIA .
Kto mi powie moje dzieci ile ludzi jest na świecie?
Kto odgadnie albo wie co lew na śniadania je ?
Mówcie , mówcie , ja posłucham , ile nóg ma stonoga a ile mucha ?
Kto mi powie , tylko szczerze , czy mysz to straszne zwierze ?
Jeśli ktoś wie , to niech opowiada , czy igła jeża do szycia się nada ?
A może mi też oznajmicie , jakie zabawy najbardziej lubicie ?
Może lubicie jak ktoś opowieści snuje ,a wy wtulone w poduszkę
Słuchacie o królewnach , smokach , czy inne baśnie ?

3 .KACZA MELODIA .
Idzie biała kaczuszka dróżką polną nad wodę
Nuci sobie kaczą wesołą melodię .
Zgrabnie jej to wychodzi . Wtórują jej ptaszki .
Nasłuchują żabki , motylki i ważki .
Dotarła nad rzeczkę . Wskoczyła do wody .
Zakończyła prysznicem ten radosny koncert .
Odleciały motylki ,uciekły też ważki .
Wysoko na niebie fruwają już ptaszki .
Tylko żabki ochoczo do wody wskoczyły .
Z kaczuszką wesoło w rzeczce się bawiły .
Wróciła kaczuszka do domu radośnie .
Na środku podwórka wykwakała koncert .
Uciekły indyczki ,rozbiegły się kurki .
Nawet gąski , jak strzały umknęły z podwórka .
Kaczuszka zdziwiona , kończąc swe śpiewanie
Poszła obrażona na drugie śniadanie .

4 .CHŁOPIĘCY ŚWIAT .
Dopiero naście lat ma mój wesoły świat
Choć lubię swą szkołę i prawie wszystkie lekcje ,
To i tak jak każdy wybrałbym wakacje .
Mógłbym wtedy do woli grać na komputerze ,
Sklejać samoloty ,jeździć na rowerze .
Co zrobić ? Niestety ! Trzeba się też uczyć ,
By nikt nigdy nie mógł powiedzieć :
Ale jesteś ***** .

5 . CHŁOPIEC I WIOSNA .
Wreszcie słońce mocniej grzeje
Śnieg już stopniał
Świat się śmieje
Trawa rośnie na murawie
A ja w piłkę gram
Świetnie z kumplami się bawię
Dla odmiany rower biorę
Jeżdżę po okolicy
Podziwiam przyrodę
Oglądam świat
Malowany przez wiosnę
Czuję się świetnie
Jestem radosny .

6. BAŚŃ O BRACIACH ZAKLĘTYCH W ŁABĘDZIE .
W leśnej gęstwinie gdzie las olchowy
Przepiękny stawek wśród drzew się chował
Tuliły się doń żółte kaczeńce
Tatarak szumiał , dając swój koncert
Piękne lilie pląsały zgrabnie
Zdobiąc swą bielą to oczko wodne
Królewskie dzieci , łabędzie białe
To miejsce ciche na dom wybrały
Zmienione w ptaki czarem królowej
Przed ludzkim wzrokiem musiały się schować
Pomimo strachu wracały na zamek
By na swą siostrę mogły znowu spojrzeć
Siadały z dala , by niemym krzykiem
Oznajmić siostrze ,jesteśmy tutaj .
Widziały smutek w jej oczkach czarnych
Po stracie braci swych ukochanych
Król ojciec tulił do serca czule
Lecz nie osuszył oczu swej córce
Płakała długo , lamentowała
Z żalu wychudła i zmizerniała
Gdy przyleciały do niej łabędzie
Mocniej zabiło jej smutne serce
Znikło dwunastu wspaniałych braci
A przyleciało tyleż łabędzi
Po pewnym czasie gdy tak wracały
Poczuła sercem , że są jej braćmi
Długo się nad tym zastanawiała
Jak może pomóc choć jest tak mała
Poszła do starej wróżki Kaliny
Prosić o pomoc dla swej rodziny
Wróżka w swą kulę patrzyła długo
Rzekła poważnie ; znalazłam sposób
Można odwrócić klątwy działanie
Gdy zrobisz wszystko co teraz powiem
Musisz pójść w lasu przepastną gęstwinę
Łabędzie wskażą właściwą drożynę
Dojdziesz do stawu skrytego w olchach
Znajdziesz tam obok poletko pokrzyw
Zrywać je musisz wieczorną porą
Nie przerwij nawet , gdy ręce zabolą
Utkaj dzieweczko z pokrzywy łyka
Koszule dla braci , choć ciężka to praca
Nie boję się trudów . Wszystkiemu podołam
Będę szczęśliwa , gdy im wolność oddam
Jeszcze tego wieczoru dotarła nad stawek
Bracia prowadzili ,więc nie zabłądziła
Nocami zrywała , dniami nici przędła
Sukna część utkała . Nie czuła zmęczenia

Któregoś dnia usnęła w grocie nieopodal
Przebudził ją stukot wielu końskich kopyt
Schowała się w kącie bardzo przestraszona
Nie wiedziała bowiem , co ją teraz spotka
Wróżka przykazała ;chowaj się przed ludźmi
Nie możesz im zdradzić , co ty w grocie robisz
Gdybyś powiedziała , bracia zginą marnie
Musisz skończyć dzieło , wtedy czar z nich spadnie
Udawaj niemowę , wtedy miną ciebie
Odjadą , odejdą , znowu spokój będzie
Wszedł do groty młodzian . Znalazł tam dziewczynę
Ujął go jej smutek i piękne oblicze
Poprosił dziewczynę ,by z nim pojechała
Ona się broniła , w grocie zostać chciała
Zauważył Książe , że tu pracowała
Że swojego dzieła opuścić nie chciała
Załadował wszystko na trzy juczne konie
Zawiózł ukochaną do swojego domu
Nie chciała dzieweczka więcej protestować
Bo jej się spodobał ten odważny młodzian
Przez drogę myślała , co też teraz pocznie
Gdzie ona tam znajdzie całe pole pokrzyw
Na zamkowym podwórku nie uświadczysz trawki
Cudem będzie znaleźć pokrzyw na koszulki
Obiecała braciom – dziewczyna się smuci
Że im zwróci wolność , klątwa ich opuści
Rankiem przyleciały ptaki ukochane
Zawiodły dziewczynę pod cmentarną bramę
Tam jej pokazały , że pokrzyw bezliku
Można zerwać wieczorem na tam cmentarzyku
Drżąca jak osika nocą się skradała
Pokrzywy dla braci z radością zbierała
Książe urzeczony jej czułym spojrzeniem
Miłość wyznał dziewczynie , poprosił o rękę
Nie zważał na kpiny królewskiego dworu
Bronił swej miłości przed matką królową
Ogłosił wszem wobec , że się z nią ożeni
Matka oniemiała , dwór aż zaniemówił
Szukali sposobu , by poprzeć swe zdanie
Aż wpadli na pomysł , by śledzić tę pannę
Odkryli , że dziewczę z zamku się wymyka
Chodzi na cmentarzyk wśród blasku księżyca
Zawołali tam księcia , by na własne oczy
Ujrzał ukochaną , co w tym miejscu robi
Oskarżyli ją wszyscy , że jest czarownicą
Zawiedli na zamek .Zamknęli w ciemnicy
Książe nie uwierzył ,że mogła oszukać
Zaniósł jej pokrzywy , koszule , materiał
Zrozumiał , że dziewczę musi skończyć dzieło
Nim sądzić ją zaczną , nim ogłoszą wyrok

Pracowała dniami , w nocy też nie spała
Do końca jej pracy koszula została
Ogłoszono wyrok . Sędziowie wyznali
Że tą czarownicę trzeba będzie spalić
Gdy ją na stos wieźli , jeszcze pracowała
Do skończenia koszuli tylko rękaw miała
Przed słupem na rynku wszyscy się zebrali
Przyleciały łabędzie .One też czekały
Wysiadła dziewczyna ,koszule też wzięła
Nałożyła ptakom i się uśmiechnęła
Tam gdzie były ptaki , chłopcy teraz stali .
Podbiegli do siostry i ją wyciskali
Czar prysł więc i ona mogła już przemówić
I swoją historię wszystkim opowiedzieć
Cieszyli się bracia , siostrzyczka Marianna
Książe ,matka jego i ludność zebrana
Po niedługim czasie wesele zrobiono
Wszyscy tam przybyli i mnie zaproszono
Jadłam i tańczyłam , z gośćmi rozmawiałam
A ich opowieści w wierszach wam spisałam .

7 . BAJKA O JASIU I MAŁGOSI .
Jaś z Małgosią poszli do lasu po grzybki
Wzięli z sobą koszyk na kurki i borowiki
Szukali , zbierali ,wszędzie zaglądali
Do kosza z wikliny stos grzybów zebrali
Chcą wracać do domu , a tu dróżki nie ma
Małgosia w głos płacze , Jaś drży z przerażenia
Zabłądzili w lesie ,mama przestrzegała
Od strasznej przygody ustrzec próbowała
Rzekła Małgoś do Jasia z ogromnym wyrzutem
Nie słuchałeś mamy , więc jesteśmy tutaj
Powiedziałeś przed wyjściem , że nie zabłądzimy
Przed kolacją do domu zdrowi powrócimy
Ja ci uwierzyłam , więc poszłam bez strachu
Jak tu teraz wierzyć ciut starszemu bratu
Jaś wstał szybko z trawy , wziął koszyk pod rękę
Podał drugą Małgosi i ruszyli mężnie
Rozglądali się wszędzie ,szukali drożyny
Nigdzie nic znajomego .Smutne mieli miny
Poszukując domu , polanę znaleźli
A na tej polanie chatynkę dostrzegli
Podeszli bliziutko i aż oniemieli
Chatka była z pierników , a płot cały z precli
Byli tacy głodni , a tam tyle ciastek
Nie mogli się wstrzymać ,więc zaczęli wcinać
Jaś ugryzł dachówkę ,Gosia okienniczkę
Drzwi się otworzyły ,wyskoczył ktoś z krzykiem

Dzieci przestraszone nogi za pas brały
Ale czyjeś ręce uciec im nie dały
Zobaczyli babę , Jagą się nazwała
Do komórki zawiodła , drzwi pozamykała
Powiedziała jeszcze , śmiejąc się szkaradnie
Że jutro na deser smacznie sobie podje
Zrozumiały dzieci co im powiedziała
Na jutrzejszy deser ich właśnie wybrała
Przestraszone bardzo cichutko siedziały
I o uwolnieniu całą noc myślały
Gdzieś koło południa do komórki wpadła
Dzieci pochwyciła . Teraz będę jadła
Ogień rozpaliła pod chlebowym piecem
Na łopatę wsadzi , smacznie ich upiecze
Łopatę przy piecu już uszykowała
Dzieci sprowadziła i siadać kazała
Jasio odważniejszy Jadze odpowiada
– My nie wiemy jak się na łopatę siada
– Takie duże jesteście i nic nie umiecie ?
Ja wam zaraz pokażę , a potem siądziecie
Baba się rozsiadła jak na króla tronie
Nic nie przypuszczała , że w tym piecu spłonie
Jaś i Małgorzatka łopatę chwyciły
Do pieca tę Jagę z zamachem wrzuciły
Na skobel piec ten szybciutko zamknęły
Nie zważając na krzyki tej okropnej jędzy
Wybiegły z chatynki bardzo przestraszone
Nie myślały nawet w którą pobiec stronę
Biegły przez las gęsty , choć bardzo się bały
Schowały się w krzakach i nasłuchiwały
Zobaczyły drwali .Podbiegły z radością
Powiedziały gdzie mieszkają . Poprosiły o pomoc
Gdy ujrzeli dzieci takie przestraszone
Zostawili pracę , bo chcieli im pomóc
Prowadzili Jasia oraz Małgorzatkę
Dróżkami leśnymi oraz polnym traktem
Dotarli do wioski , gdzie dzieci mieszkały
Zatroskanym rodzicom maluchów oddali
Małgosia i Jasio wszystkim ogłosili
Do lasu nie pójdą już same ,tylko z dorosłymi
Z takiej to przygody morał ten wynika
Gdy jesteś dzieciakiem , słuchaj mamy smyku .

8 ROZRABIAKA
Siedzi kotek na małym stoliku
Chlipie mleczko w talerzyku
Obok leży też gotowane jajko
Pacnął łapką i na podłogę spadło
Na tapczanie włóczka leżała
Pociągnął łapką , więc się sturlała
Rozwijając , splątał kłębek cały
Przestał się kulać , więc go zostawił
Chciał na stół wskoczyć z gracją
Nie wycelował . Sięgnął obrusa
Razem z nim ściągnął wazon
Huknęło ! Kotek za szafą się schował
Wyjrzał raz , drugi , cisza dokoła
Wyszedł bez strachu z ukrycia
Jakby wcześniej nic się nie stało
Obejrzał pokój i miałknął ;
– Co by tu jeszcze zmalować ?

9 STRASZNY POTWÓR
Dawno temu kupiec możny
Ku dalekim ruszył krajom
Najpierw Wisłą , potem morzem
Wiózł pszenicę , tam gdzie jej nie mają
Gdy wyjeżdżał , prosił córy
By mu każda powiedziała
Co zza morza ,z obcych krajów
Dostać od ojczulka chciała
Starsza córka , piękna Krysia
Chciała perły do warkocza
Młodsza , cudna jak lilija
O modrej róży zawsze marzyła
Gdy za morzem ojciec – kupiec
Pozałatwiał wszystkie sprawy
By swe córeczki ucieszyć
Poszedł prezenty im kupić
Jednej wybrał cudne perły
By je wplotła w warkocz czarny
Dla tej młodszej , ukochanej
Róży nigdzie nie mógł znaleźć
Od żeglarzy słyszał wieści
Że tę cudną , modrą różę
Znajdzie pośród skał i mielizn
Na samotnej wyspie Merlin
Straszną zwana jest ta wyspa
Nikt tam do niej nie podpływa
Chyba że wśród wielkiej burzy
Jakiś statek wiatr tam zagna
Ojciec do tawerny wrócił
Smutny , bo kwiatka nie kupił

Kazał jednak zrobić sztuczną
Turkusową , piękną różę
Wreszcie ruszył ku domowi
Lecz w połowie morskiej drogi
Burza straszna go zastała
Statek gnała tam gdzie chciała
Rankiem cisza się zrobiła
Pokiereszowany statek
Na mieliźnie dziwnej wyspy
Nawałnica uwięziła
Kupiec prace zlecił służbie
A sam wybrał się na wyspę
Zastał na niej zamek piękny
Nie zniszczony , choć samotny
Dziwne dreszcze go przejęły
Gdy przekroczył próg zamczyska
Chciał uciekać , lecz ciekawość
Strach przemogła , zwyciężyła
Zwiedzał zamek ,cud komnaty
Piękne meble i makaty
Za oknami ogród wielki
A w nim krzewy , kwiaty wszelkie
Drzwi otworzył jeszcze jedne
A za nimi stół ogromny
Na nim wiele pysznych rzeczy
Zapach kusił go cudowny
Kupiec nie chciał się panoszyć
Szukał wzrokiem właściciela
Ujrzał tylko ponad stołem
Duży napis ; Życzymy smacznego
Tymi słowy ośmielony
Zasiadł zaraz do wieczerzy
Gdy już najadł się do syta.
Poszedł ogród zwiedzać
Pośród tylu pięknych kwiatów
Nie czuł się szczęśliwy wcale
Bo wciąż myślał o swej córce
Róży nie mógł dla niej znaleźć
Siadł w altance , w cieniu drzewa
Spojrzał gdzieś daleko
Wtem zobaczył jak błękitna
Piękna róża nań tam czeka
Podbiegł , odeszło zmęczenie
Zerwał bez namysłu kwiecie
Spojrzał i krzyknął z zachwytem
Kasiu , ta różą dla ciebie
W tejże chwili pociemniało
Ziemia się zatrzęsła
Straszny potwór się ukazał
Ryknął . Kupiec aż oniemiał

Tak odpłacasz za gościnę
Kradniesz ukochany kwiatek
Musisz srogą ponieść karę
Umrzesz , więc za grzechy żałuj
Strach ogarnął kupca wielki
Daruj . Zważ na moje córki
Przebacz mi ten czyn niegodny
Różę zerwałem dla Kasi
Gdyby wiedział co go czeka
Nigdy by tych słów nie wyrzekł
Za swe życie potworowi
Miał swą córkę na rok przywieźć
Przerażony daniem słowa
Wolał zostać sam na zamku
Nie chciał córki Kasi oddać
Nie mógł jednak słowa złamać
Płynął morzem i po Wiśle
Lecz nie cieszył się jak zwykle
Że zobaczy swoje córki
Że pokaże podarunki
Witał dzieci ukochane
Krysię oraz młodszą Kasię
Córki bardzo się cieszyły
Podarki we włosy wpięły
Ojcze . Rzekła Kasia miła
Czemu smutna twoja mina ?
Czy coś w drodze cię spotkało ?
Powiedz mi kochany tato ?
Kupiec opowiedział szczerze
W jaki sposób zdobył różę
Jaką złożył obietnicę
Co obiecał za swe życie
Kasia choć się bardzo bała
Na łasce strasznego potwora
W zamku cały rok została
Potwór zniknął z oczu Kasi
Cały miesiąc się nie zjawił
Bo gdy pierwszy raz ujrzała
Jego postać , to zemdlała
Zwiedziła już cały zamek
Obejrzała ogród , kwiaty
Na pianinie grać nie chciała
Samotność jej doskwierała
Potwór znikał , gdy dziewczyna
Weszła tam , gdzie on przebywał
Czuła , że ucieka przed nią
Jakby to on się jej bał
Dnia jednego przy obiedzie
Zawołała , aby przyszedł
Wszedł do sali , w kącie stanął

Kasia rzekła ; Chcę rozmawiać
Ucieszony tymi słowy
Usiadł w cieniu dla osłony
Rozmawiali przez noc całą
Ciągle było im za mało
Nigdy już Kasieńka miła
Od potwora nie stroniła
Chciała słuchać opowieści
Dyskutować , śpiewać , śmiać się
Dni mijały od tej pory
Szybko , jakby ktoś je gonił
W końcu nadszedł czas odjazdu
Smutno było im obojgu
Potwór pożegnawszy Kasię
Ofiarował jej zwierciadło
Gdyby kiedyś zatęskniła
Miała spojrzeć weń dziewczyna
Powróciła do rodziny
Ukochanej swej krainy
Ojcu , siostrze powiedziała
Jak z potworem czas spędzała
W czasie roku co na wyspie
Kasia u potwora była
Jego serce lodowate stopniało
Z uczuciem zabiło
Bał się jednak przed odjazdem
Wyznać miłość pięknej Kasi
Wolał tęsknić na swej wyspie
Marzył , że go znów odwiedzi
Dni mijają i miesiące
Czas się dłuży strasznie
Potwór tęskni do Kasieńki
Z żalu jego życie gaśnie
Kasia też już nie ta sama
Myśli często o potworze
Sama nie wie dlaczego
Chciałaby płynąć za morze
Gdzieś w dolnej szufladzie
Zwierciadło znalazła
Wspomniała słowa potwora
Do lustra zajrzała
Przez to czarodziejskie okno
Zamek na wyspie spostrzegła
Potwora zmożonego chorobą
Leżącego w pościeli bez życia
Kasia ojca poprosiła
By z nią do potwora jechał
Za nic nie chciał , ale w końcu
Łzami zgodę wyprosiła
Szybko w drogę się udali

Czasu nic nie zmarnowali
Bo córeczka zrozpaczona
Chciała potworowi pomóc
Gdy przebyli już do brzegu
Pierwsza statek opuściła
Biegła calusieńką drogę
Czasu nie traciła
Do każdej komnaty weszła
Nigdzie potwora nie było
Pobiegła do ogrodu
Przy róży go zobaczyła
Leżał w trawie obok krzewu
Niebieskim kwieciem okryty
Uśmiechnął się , gdy ją ujrzał
Jeszcze tliło się w nim życie
Ja umieram cudna Kasiu
Z miłości do ciebie
Błędem było cię sprowadzać
Marzyć , że mnie kochać będziesz
Gdy tu byłam mój potworze
Polubiłam cię za dobroć
Za łagodność , za twą wiedzę
Za to serce takie szczere
Wciąż to jednak jest za mało
W myślach przyznał straszny potwór
Byś mnie z klątwy wyzwoliła
Musiałabyś kochać miła
Czas mu dany dobiegł końca
Spełni się za chwilę klątwa
Nic go już nie uratuje
Kasia go nie pocałuje
Tylko miłość mogła zmazać
Klątwy dzieło – straszną postać
Kasia głowę na kolanach ułożyła
I się chwilę zamyśliła
Strachu wcale już nie czuje
Patrząc w oczy jego smutne
Dziwna czułość ją ogarnia
Już nie widzi w nim potwora
Coraz cichszy oddech słychać
Gaśnie życie w jego oczach
Kasia ku niemu się pochyliła
I na łbie całus złożyła
W tejże chwili klątwa zdjęta
Potwór przemienił się w księcia
Różą matką księcia była
Po odmianie zaraz syna przytuliła
Cały dwór był też zaklęty
Wyspa , ludzie i zwierzęta

Gdy się wszyscy obudzili
Zaraz ucztę urządzili
Piękna Kasia z księciem Polem
Wyprawili cud wesele
Ucztowali tydzień cały
Goście jedli , tańcowali
Ja wśród gości przebywałam
Z księciem , Kasią rozmawiałam
Swą historię mi wyznali
A ja przekazuję dalej

10 DWIE DOROTKI
Dziś opowiem wam historię
Co zdarzyła się niedawno
W małej wiosce domek stoi
Na uboczu , wśród topoli
W tymże domku żyją sobie
Dorotka ze swym ojcem
Sami na świecie zostali
Smutno Dorotce bez mamy
Ojciec znalazł żonę sobie
Myślał , że postąpił dobrze
Ona również córkę miała
Dorotuchną ją nazwała
Swą córeczkę dopieszczała
Robić nic nie pozwalała
Za to gnała pasierbicę
Jej kazała robić wszystko
Drzewo rąbać , wodę nosić
Prać , gotować , o nic prosić
Szyć , cerować , usługiwać
Wszystko dobrze wykonywać
Żalić się nie mogła tacie
Bo dostałaby tym pasem
Co macocha powiesiła
Dorotkę nim wciąż straszyła
Przy drzwiach wisiał ku przestrodze
By nie rozmawiała z ojcem
Gdy macocha nie widziała
Szła na cmentarz i płakała
Wyżaliła się mateńce
Od razu jej lżej na sercu
Wszystkie prace wypełniała
Na miłość zasłużyć chciała
Mijał miesiąc , drugi , trzeci
W domu nic nie było lepiej
Macocha wciąż wymyślała
Prace dla niej i się śmiała
Pasierbicy chciała dopiec
Więc kazała nabrać wodę

Co ze studni na dworze
Musiała wyciągnąć na mrozie
W dziurawych bucikach
W marnej sukienczynie
Wyszła w zimny wieczór
Wodę chciała szybko przynieść
Poślizgnęła się na lodzie
Gdy ze studni brała wodę
Strasznym trafem do niej wpadła
Nie zginęła . Czar tam działał
Świat tam inny . Było lato
Trawa , kwiaty , słońce grzało
Nie wiedziała co się stało
Gdy ze snu ją coś wyrwało
Słyszy jak ktoś lamentuje
Poszła . Ktoś pomocy potrzebuje
Patrzy , a to piec tak woła
Prosi , żeby chleb z niego wyjęła
Wypełniła prośbę pieca
Chleb dostała do jedzenia
Poszła dalej polną drogą
Spotkała tam gruszę dużą
Na niej wiele gruszek było
O ich zerwanie ją poprosiła
Dorotka , choć była mała
Wszystkie gruszki pozrywała
Wzięła kilka do fartuszka
Po drodze je chciała schrupać
Szła drożyną bardzo długo
Nigdzie nie było nikogo
Słońce do ziemi się przytuliło
Sennie oko swe zmrużyło
A dziewczynka sama jedna
W oddali domek spostrzegła
Pani stała na ganeczku
Uśmiechała się serdecznie
Dorotka podeszła blisko
Poprosiła ją o pomoc
Dam ci pracę moja miła
Czy nie będziesz się leniła ?
Jadę w podróż daleką
Dużo pracy cię tu czeka
Musisz sprzątać i gotować
Psem i kotkiem się zajmować
Mam nadzieję , że podołasz pracy
Gdy powrócę , wszystko sprawdzę
Dorotka się nie leniła
Dla zwierzątek była miła
Cały dom sprzątała pięknie
Bawiła się z kotkiem , pieskiem

Razem żyło się wspaniale
Bardzo szybko dni mijały
W końcu pani powróciła
I Dorotkę pochwaliła
Dom się świecił od czystości
Żaden zwierzak tam nie pościł
Pani bardzo ucieszona
Zawołała psa i kota
Powiedzcie mi moi mili
Jak ten rok żeście spędzili ?
Zdecydujcie jaką skrzynię
Podarować tej dziewczynie
Zawołali z raźną miną
Zasłużyła na zieloną
Dla dziewczynki miała prezent
Skrzynię oraz dziwną podróż
Dziewczynkę różdżką dotknęła
Czarem zaraz przemieniła
Stary strój w białą sukienkę
Zdarte buty w botki piękne
Nim ofiarowała skrzynię
Przykazała coś dziewczynie
Otwórz ją dopiero w domu
Nie pokazuj jej nikomu
Jeszcze raz użyła czaru
Dziewczę przeniosła do domu
Drzwi Dorotka otworzyła
Wszystkich bardzo zaskoczyła
Na stół postawiła skrzynię
Przywitała się z rodziną
Wyciskała mocno tatę
Potem otworzyła prezent
Wtedy wszyscy zobaczyli
Perły , złoto i szafiry
Macocha z zazdrością spytała
Skąd ta skrzynia wspaniała
Dorotka jej powiedziała
Za cóż tą zieloną skrzynię
Złoto i drogie kamienie
Od dobrej pani dostała
Macochę i jej córuchnę
Złość okrutna trawiła
One by też chciały skarby
Zaraz plany poczyniły
Dorotka się opierała
Do studni wskoczyć nie chciała
W domu mogła leniuchować
A tam będzie musiała pracować
Lecąc w studni głębinę
Trzymała tobołek z jedzeniem

Który od matki dostała
By w tej drodze nie zgłodniała
Gdy ocknęła się na trawie
Zjadła najpierw śniadanie
Potem ruszyła w drogę
Myśląc o skrzyni kosztownej
Piec chlebowy napotkała
Pomóc mu jednak nie chciała
Chlebów z pieca nie wyjęła
Jeden do zjedzenia wzięła
Chleby wszystkie się spaliły
Przez lenistwo tej dziewczyny
W dalszą drogę się udała
Gruszę po drodze spotkała
Miała zerwać gruszki z drzewa
Bo gałęzie obwieszone
Dojrzałymi owocami
Utrzymać ich nie było wstanie
Zerwała kilka gruszek dla siebie
Zjadła i ruszyła w drogę
Nic ją to nie obchodziło
Że drzewo ją o coś prosiło
Gdy z wróżką się spotkała
To ledwie się przywitała
Oznajmiła jej te słowa ;
– Tu przez rok będę pracować
Chociaż minę groźną miała
Zgodę zaraz jej wydała
Wszystko jej wytłumaczyła
I na rok gdzieś pojechała
Po powrocie zobaczyła
Obraz nędzy i rozpaczy
Cały dom był zapuszczony
Kot i piesek zagłodzony
Dorotka zamiast pracować
Wolała przez rok poleniuchować
Za swą pracę marną
Otrzymała skrzynię czarną
Tak to wszyscy uradzili
Piesek , kotek , oraz pani
Dorotka uszczęśliwiona
Dotarła szybko do domu
Mamie zaraz się chwaliła
Co jej wróżka dała w skrzyni
Otworzyły duże wieko
A w nim węże i robactwo
Przeraziły się strasznie
I wybiegły na podwórze
A za nimi szkaradzieństwo
Wyleciało i wypełzło

Uciekały na kraj świata
Za swe zachowanie dostały zapłatę
A tatuś ze swoją Dorotką
W szczęściu żyli od tej pory
Kiedyś do nich pojechałam
A co mi opowiedzieli
Zaraz w wierszach wam spisałam

11 LATAWIEC
W zwiewnym rozkosznym podmuchu
Pośród skaczących promieni
Igra na wietrze latawiec
Niosąc radość przestrzeni
Goni chmurki na wietrze
Bryka z ptakami w obłokach
Świat swym kolorem raduje
Czubki drzew muska w locie
Łapie wiatr w swe objęcia
Tańczy walca z zefirem
Zmęczony nieco szaleństwem
Obniża swój lot ślizgiem
Teraz nerwowym ruchem
Lawiruje między drzewami
Chce wrócić znowu w przestworza
Choć pragnie , to jednak nie może
Zefirek uciekł ku słońcu
Latawiec spłynął na ziemię
Zakończył szaloną podróż
Na trawie przy kamieniu

12 KOCIAKI
Chociaż zwierzaków jest całe krocie
Mój wybór padał zawsze na kocię
Kotek łaciaty , w skarpetkach białych
Był przyjacielem moim wytrwałym
Wtedy gdy jeszcze byłam maluchem
Rankiem mnie budził , bo byłam śpiochem
Łapką mnie pacnął , był w tym wytrwały
Bo chciał się bawić psotnik wspaniały
A gdy spać chciałam choć ociupinkę
Właził do łóżka , buch , pod pierzynkę
Pewnego ranka nie przyszedł budzić
Zniknął na zawsze . Już się nie zjawił

Razu pewnego będąc u cioci
Spodobał mi się maleńki kociak
Gdy przyjechałam z nim już do domu
To chciałam kąpiel urządzić jemu
Łazienki wtedy jeszcze nie miałam
Kota pod pompą ,trzymając za kitę

Ślicznie wypucowałam
Słysząc przez okna sąsiadek krzyki
Puściłam ogon
Choć kiciuś nie był tak całkiem czysty
Biedny kiciunio wrócił do cioci
A ja dość długo nie miałam kociąt

Idąc do szkoły dzionka chłodnego
Znalazłam kotka bardzo głodnego
Była to kotka , koteczka mała
W naszej piwnicy strasznie miauczała
Chciałam oswoić tę kotkę szarą
Więc dokarmiałam
Chciałam ją złapać , to podrapała
Tak dzikiej kotki jeszcze nie znałam
Stała się dla mnie wielkim wyzwaniem
Gdy wreszcie z trudem ją oswoiłam
Szrama na szramie ręce mi kryła
Nic nie mówiłam , że dłonie paliły
Bo najważniejsze , że zwyciężyłam
Opłacił się jednak ten trud tak wielki
Byłyśmy dla siebie , jak dwie przyjaciółki
Gdy ja ze szkoły do domu wracałam
Ona przy bramie na mnie czekała
Nawet nie pisnęła , gdy przebierałam
Ją w małe ciuszki
Grzecznie w wózeczku mi zasypiała
Pewnego razu , zimową nocą
Ktoś się połaszczył na jej sierść gęstą
Długo płakałam . Gorzko płakałam
Ciągle ją wszędzie wypatrywałam
Wcześniej i potem miałam kociaki
Ale ta najbardziej zapadła w mą pamięć

Z wszystkich zwierzaków wybrałam koty
Bo lubię ich niezależność i częste obrażanie
Wyzwaniem jest to , gdy te samotniki
Przychodzą usiąść na mych kolanach
Chociaż nie lubią ciągłego głaskania
Nigdy nie przyjdą na rozkaz srogi
Biorą za pas cztery swe nogi
Trzeba z czułością wołać kociaki
I nawet wtedy pewności nie ma
Że zmienią swoje skrywane plany
By wybrać czułość pana lub pani